Kategorie
codzienna szarość, czyli życie zwykłej nastolatki Uśmiech proszę.

Nie ma podróży bez przygód.

Witajcie,
To, co chcę wam opowiedzieć wydarzyło się w Piątek i Niedzielę. W zasadzie, to ten wpis miał się pojawić wczorajszego dnia, no i zamiar nie zamienił się jednak w czyn. Wena była, a to już coś, lecz gorzej było z chęcią, co do przelania tych myśli na klawiaturę. Teraz już się rehabilituję.
Jakiś czas temu, przy okazji wyjazdów sportowych, zaobserwowałam trafność stwierdzenia zawartego w tytule tego postu. OK, no niech ona przejdzie już do konkretów, co takiego wydarzyło się w ostatnim czasie, że nadała właśnie taki tytuł?
Jak wspominałam w Piątek o godzinie 13:30 razem z trzema koleżankami i jednym kolegą udałam się na dworzec PKP w Bydgoszczy celem powrotu do domu. Kolega i jedna koleżanka to osoby widzące, a pozostałe dwie koleżanki nie. Szliśmy trochę szybkim marszem, bo nie wiedzieliśmy ile dokładnie mamy czasu do odjazdu pociągu. Później stwierdziłam, że nie był on bardzo męczący, aczkolwiek chciało mi się pić, a przy sobie akurat tego nie miałam. Pojawiła się sugestia, aby zjeść coś szybko na dworcu gdyby udało się nam dotrzeć przed czasem. Cała ekipa była bez obiadu, którego nie zdążyliśmy zjeść. W perspektywie mieliśmy na uwadze dwa pociągi. Jeden odjeżdżał o 14:04, a drugi o 14:32. Dzięki szybkiemu marszowi na dworzec dotarliśmy koło 14, dodam, że aby się dostać na dworzec należy pojechać jednym z dwóch tramwajów. Wchodzimy do budynku dworca i słyszymy komunikat z głośników: pociąg z Wrocławia do Gdyni, planowy przyjazd godzina – 14:32, przyjedzie z opóźnieniem około 100 minut. Opóźnienie może ulec zmianie.
Powstała nerwowa atmosfera, przypominam, że było koło 14, a inny pociąg do Gdyni odjeżdżał o 14:04. Z racji braku czasu uznaliśmy, że bilety zakupimy u konduktora już w pociągu, gdy będzie sprawdzał bilety. Znów dzięki szybkiemu marszowi dotarliśmy do odpowiedniego pociągu i kiedy do niego już wsiedliśmy, to czekaliśmy jeszcze może dwie minuty.

Witajcie,
To, co chcę wam opowiedzieć wydarzyło się w Piątek i Niedzielę. W zasadzie, to ten wpis miał się pojawić wczorajszego dnia, no i zamiar nie zamienił się jednak w czyn. Wena była, a to już coś, lecz gorzej było z chęcią, co do przelania tych myśli na klawiaturę. Teraz już się rehabilituję.
Jakiś czas temu, przy okazji wyjazdów sportowych, zaobserwowałam trafność stwierdzenia zawartego w tytule tego postu. OK, no niech ona przejdzie już do konkretów, co takiego wydarzyło się w ostatnim czasie, że nadała właśnie taki tytuł?
Jak wspominałam w Piątek o godzinie 13:30 razem z trzema koleżankami i jednym kolegą udałam się na dworzec PKP w Bydgoszczy celem powrotu do domu. Kolega i jedna koleżanka to osoby widzące, a pozostałe dwie koleżanki nie. Szliśmy trochę szybkim marszem, bo nie wiedzieliśmy ile dokładnie mamy czasu do odjazdu pociągu. Później stwierdziłam, że nie był on bardzo męczący, aczkolwiek chciało mi się pić, a przy sobie akurat tego nie miałam. Pojawiła się sugestia, aby zjeść coś szybko na dworcu gdyby udało się nam dotrzeć przed czasem. Cała ekipa była bez obiadu, którego nie zdążyliśmy zjeść. W perspektywie mieliśmy na uwadze dwa pociągi. Jeden odjeżdżał o 14:04, a drugi o 14:32. Dzięki szybkiemu marszowi na dworzec dotarliśmy koło 14, dodam, że aby się dostać na dworzec należy pojechać jednym z dwóch tramwajów. Wchodzimy do budynku dworca i słyszymy komunikat z głośników: pociąg z Wrocławia do Gdyni, planowy przyjazd godzina – 14:32, przyjedzie z opóźnieniem około 100 minut. Opóźnienie może ulec zmianie.
Powstała nerwowa atmosfera, przypominam, że było koło 14, a inny pociąg do Gdyni odjeżdżał o 14:04. Z racji braku czasu uznaliśmy, że bilety zakupimy u konduktora już w pociągu, gdy będzie sprawdzał bilety. Znów dzięki szybkiemu marszowi dotarliśmy do odpowiedniego pociągu i kiedy do niego już wsiedliśmy, to czekaliśmy jeszcze może dwie minuty.
Dziś się śmieję, że wyjazd w Piątek do domu można określić tytułem bodajrze filmu: "Speed. Niebezpieczna szybkość".
Nasz pociąg jechał albo z Krakowa, albo z Katowic. Później dowiedziałam się, że ten z Wrocławia finalnie miał około 240 minut opóźnienia. Okazało się, że powodem tego stanu rzeczy był silny wiatr, który znów przeszedł w nocy z Czwartku na Piątek przez nasz kraj.
Dalsza Piątkowa podróż minęła bez atrakcji. Hmm, no chyba, że za atrakcję uznamy próbę poczęstowania Pani konduktor chipsami przedsięwziętą przez koleżankę. Pani grzecznie odmówiła i w czwórkę się zaśmiałyśmy z pomysłu koleżanki. Pisząc w czwórkę mam na myśli siebie, Panią konduktor, koleżankę częstującą i jej przyjaciółkę.
XD.
W Niedzielę, podczas powrotu okazało się, że pociąg postanowił zmienić peron, na który wjedzie i zamiast wjechać na 4, stanął na 3. Trochę się niepokoiłam, bo koleżanek, z którymi jechałam w Piątek jeszcze nie było w pociągu, a akurat one kupowały bilety, ale zdążyły przyjść przed odjazdem. Siedzimy, gadamy, czasem się śmiejemy, podróż mija spokojnie. Hmm, czy ja już wspominałam, że nie ma podróży bez przygody? Tym razem nasza wczorajsza zamiast potrwać 2 godziny całościowo trwała 3. Chcecie znać powód? OK. Zdarzył się nam przymusowy postój między Tczewem a Laskowicami Pomorskimi, około 30 minut drogi od Bydgoszczy. Jadący przed nami skład regionalny zatrzymał się na jednotorowym odcinku z powodu awarii. Po 6-dziesięciu minutach awarie usunięto, a my mogliśmy ruszyć dalej.
To koniec moich przygód? Oczywiście, że nie.
Wysiadamy z pociągu w Bydgoszczy i idąc po peronie, chcieliśmy trafić do tunelu, lecz po połowie drogi okazało się, że idziemy w złą stronę. Pomógł nam jakiś pan i poprowadził nas do tunelu. Schodząc po schodach usłyszałam męski śmiech i słowa:: – Prowadził ślepy kulawego. – To mówił ten Pan, który nam pomógł i okazało się, że on jest niewidomy. Przy kasach spotkałyśmy się z tym samym kolegą, który nam pomógł w Piątek. Dzięki jego pomocy i orientacji w przestrzeni koleżanki uniknęłyśmy autobusowej przejarzczki po Bydgoszczy. Wszystko przez kierowcę. Tak, okropny niewidomek zwala winę na kierowcę autobusu. A no zwala, ale dlatego, że zamiast wysiąść na 4 przystanku, my musiałyśmy to zrobić już na 2. Kierowca postanowił minąć dwa przystanki, zignorował je. Aż koleżanka zapytała się ludzi w autobusie, czy to na pewno jest interesująca nas linia. Okazało się, że linia była dobra, tylko kierowca nie koniecznie.
🙂
I tak właśnie zamiast wracać w 2 godziny, wróciłyśmy w 3. Fajnie, nie?
Ciekawe, co mi się przydarzy w Piątek? W Piątek wszystko wskazuję na to, że wrócę całkiem sama do domu, to znaczy będę asekurowana w drodze od szkoły na dworzec i z dworca w Gdyni do domu, ale pamiętajcie, że nie ma podróży bez przygody, a nawet jeśli się zdarzy to jest ona wyłącznie wyjątkiem potwierdzającym tą tezę.
🙂
W najbliższym czasie poinformuję was o przebiegu mojej podróży w 13.10. Zaraz, to jest Piątek 13?
Pozdrawiam
MR

4 odpowiedzi na “Nie ma podróży bez przygód.”

Oj mogę, mogę. XD. Piękna sytuacja. Każdy niewidomek w takiej chwili mocnoby się zdezorientował, czytaj –
zgłupiał. 🙂

„Prowadził ślepy kulawego”, epickie, haha. Ja ostatnio mało jeżdżę, więc i przygód nie mam jakoś specjalnie
dużo, ale pewnie za jakiś czas się to trochę zmieni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *