Categories
codzienna szarość, czyli życie zwykłej nastolatki Kula się toczy, czyli kilka słów o bowlingu. Małe sukcesy Okazjonalnie

Nowy rekord! :)

Witajcie
na początek powiem, że ten rok zaczął się dla mnie dobrze, pomimo niezbyt sprzyjającego pierwszego terminu ferji zimowych dla wojewudztwa Kujawsko-Pomorskiego. Osobiście wolę dalsze terminy, bo ledwo co wróciło się ze świąt i witania nowego roku, a tu już dwutygodniowa przerwa zimowa. OK, ale ja tu miałam o rekordzie wspomnieć, a nie tworzyć dygresję na temat ferji. O owym sukcesie informuję trochę z opuźnieniem z przyczyn nie dokońca zależnych ode mnie, bo chodzi o wydarzenie z minionego Czwartku.
I tak oto ppo tym wstępie czas na przejście do właściwej części tego wpisu. Ponownie uchylam wam drzwi do świata trenowanego przeze mnie sportu, czyli znów te kręgle, a raczej bowling. 🙂
Cofnę się na moment do wydarzenia z ponad roku temu, a całkiem prawdopodobne, że z przed dwóch lub nawet trzech lat. Yyy, dobra. Mało istotne, kiedy to było, dość, że opisane to jest w innym wpisie na tym blogu (wpis odnośnie sukcesu w Opolu).
W każdym razie, w owym Opolu na zawodach przekroczyłam 600 punktów na 120, po 20 rzutów w jednej grze i po sześć gier, a dokładnie osiągnęłam wynik 610 punktów. Mimo udziału w różnych zawodach sztandarowe 600 punktów przełamałam rok temu jeszcze raz lecz nie przekraczając tych plus 10 punktów.
Szanowni Państwo, nadszedł ten wiekopomny dzień, w którym to się zmieniło.
W miniony Czwartek (10.01.2019) w miejscowości zwanej Włocławek położonej pół godziny jazdy pociągiem za Toruniem dokonałam czegoś wręcz niemożliwego. Uzyskałam nowy rekord życiowy w tej dyscyplinie. Wówczas rzuciłam… 6, 9, 7 (697 punktów).
Obecnie już bardziej dotarła do mnie ta myśl, ale była tak nie spodziewana, że przez cały Czwartkowy wieczór i część Piątku nie mogłam w to uwieżyć. Taki progres. To był szok. Wręcz mnie zatkało, gdy usłyszałam to poraz pierwszy.
No to mam rekord, którego nie przebije conajmniej przez następne dwa lata. Hehehehe.
Dobry początek roku 2019. 🙂

Categories
codzienna szarość, czyli życie zwykłej nastolatki Małe sukcesy Uśmiech proszę.

Test jest temu winien, ale poza tym… yyyy. Zapraszam do lektury. :)

Witajcie
Piszę, bo nawiedziła mnie taka potrzeba. Dla pewnej odmiany nie piszę aby ponarzekać, a w ręcz przeciwnie. Niemal kipi ze mnie zadowolenie. Hehehe.
Jak to dobrze mieć w końcu udany dzień. Jeżeli od kilku co najmniej tygodni, około półtorej miesiąca miało się ponure dni, a czasem i bardzo, bardzo, naprawdę jesienne, to teraz, nagła zmiana cieszy tym bardziej. Cieszy sam fakt, że w ogóle zaistniała.
Co wpłynęło na mój obecny nad podziw dobry nastrój w dniu dzisiejszym?
Alesz nic takiego, tak poprostu się wziął z przysłowiowego kapelusza. 🙂
ekhem. Na poważnie.
Głównym czynnikiem był test z informatycznego języka angielskiego. Wspominałam tu już, że zaczęłam naukę w szkolę policealnej na kierunku technik tyfloinformatyk. Sprawę przybliżę zainteresowanym w późniejszym czasie. Wracając do meritum.
Dziś przypadł dzień pisania testu z rzeczonego już języka angielskiego w płaszczyźnie informatycznej, do którego nawiasem mówiąc uczyłam się rzetelnie dziś. Tak, nie w weekend i nawet nie wczorajszy wieczór, a dzisiaj w sumie jakieś dwie godziny przed samym testem. Moje odczucia? Jestem naprawdę dobrej myśli. Może nie rozwiązałam wszystkich postawionych przede mną zadań, ale z tych, których próbę rozwiązania podjęłam jestem usatysfakcjonowana.
To angielski. Czy było coś jeszcze? Tak, no było, tylko, holipka, co? 🙂
Później, późnym popołudniem, bo chwilę po 16, wybrałam się z grupką pięciu osób i opiekunem do siedziby naszego klubu sportowego, który zeprezentuje jako gracz w bowling, celem wzięcia udziału w przygotowanej Corocznej wigilii. W tego typu przedsięwzięciu uczestniczyłam drugi raz i ten bardziej przypadł mi do gustu. Była lepsza atmosfera, pewnie za sprawą dwójki niewidomych kolegów ze szkoły, ów duet zajmował się oprawą muzyczną całego wydarzenia. Jedna osoba śpiewała, a druga grała na keyboardzie i również trochę śpiewała. My też, zgromadzeni goście, oczywiście śpiewaliśmy część kolęd. Oprócz tego rozmawiało się przy stole, jadło wigilijne dania, a na końcu każdy z gości nie wychodził bez słodkich upominków na zbliżające się święta. Za pierwszym razem, prowadzono okazjonalne rozmowy, przynajmniej w najbliższym mi otoczeniu, a muzykę odtwarzano z nagrań mP3, czy temu podobnych. Też to miało jakąś atmosferę, ale już nie taką jak autentyczne śpiewanie kolęd z żywym instrumentem i głosami.
Wiecie co? Chyba powinnam częściej kłaść się spać po 1 w nocy i wstawać o 06:40, skoro ma czekać mnie tak wyglądający dzień. 🙂
Nie, nie czułam się tak bardzo zmęczona, jak mogłoby to mieć miejsce i jak miało miejsce podczas gdy położyłam się znacznie wcześniej w minionych dniach. Trochę dziwne, nie?
Wszystkiemu winien ten angielski. Hehehe.
Trzymajcie się, do następnego wpisu, który raczej niebawem

Categories
codzienna szarość, czyli życie zwykłej nastolatki Małe sukcesy Okazjonalnie Uśmiech proszę.

Matura? Maturka. Tak, to właściwsze nazwa, czyli moje odczucia i wrażenia po majowym egzaminie dojrzałości.

Witajcie,
egzamin dojrzałości za mną i wiecie co? Ja w cale nie czuję się dojrzalsza z tego powodu. Mam zacząć się niepokoić, czy to całkiem normalny stan rzeczy?
OK. oto opis jakże miłych pięciu dni z rzeczonym egzaminem i wszelkich związanych z nim odczuć i spostrzeżeń. Od siebie mogę wam życzyć tak jak zawszę miłej lub względnie miłej lektury tych treści. Jeśli zaczniecie, mam nadzieję, że dotrwacie do końca. Uwaga. Zaczynam!
Kiedy wszystkie zegary świata, mimo próśb wielu uczniów o zatrzymanie lub nagłe przyśpieszenie o co najmniej cztery godziny, wskazały 9:00, uczniowie, w ślad za pilnującą ich podczas pisania i obserwującą uważnie niczym erynia komisją, przekroczyli progi swoich sal, w których miał odbyć się ten przecież najważniejszy egzamin dojrzałości. Gdy jedna z eryniastych przedstawicielek komisji o przeciętnej budowie ciała zajęła miejsce na przeznaczonym dla siebie krześle, ono uznało, że nie zniesie gęstniejącej atmosfery napięcia i wytężonych godzin intelektualnej pracy osób zdających, od której również stężeje atmosfera Sali egzaminacyjnej, więc odmówiło oczekiwanego i zwyczajowego posłuszeństwa… załamało się, niezdolne podtrzymać ciężaru ani siedzącej na nim egzaminatorki, ani napięcia. I w tym momencie sukces! Cel przedmiotu użytkowego posiadającego cztery nogi, siedzisko i oparcie zwanego popularnie krzesłem został osiągnięty. Zmienił on miejsce pobytu, nie mogąc pełnić funkcji, dla której powstał oraz momentalnie rozluźnił swoim załamaniem napięcie panujące w Sali. Zdający wybuchneli niepowstrzymanym śmiechem, a biedna egzaminatorka otrzymała nowe krzesło, na którym ostrożnie usiadła. Wymieniony mebel spełnił swoją funkcję wzorowo i w brew obawą nie uległ presji przebiegającego egzaminu maturalnego z matematyki, lecz za jego przykładem nie poszła druga z członków trzyosobowej komisji, jej kondycja psychofizyczna również okazała się odrobinę zbyt słaba do spełnienia powierzonego zadania: czuwania nad bezpieczeństwem zdających. W konsekwencji pojawili się ludzie w białych fartuchach, bynajmniej nie kucharskich i nagle osłabioną egzaminatorkę zabrali ze sobą w celu przywrócenia jej do czasów rzeczywistych, z których postanowiła zrezygnować.
Powyższa sytuacja nie przydarzyła się na moim egzaminie, ale u koleżanki i kolegów, a ja zostałam później o niej poinformowana. OK., tym opisem odbiegłam trochę od tematu tego wpisu, tak więc do meritum powracając, a właściwie je rozpoczynając.
U mnie całość egzaminów przebiegła spokojnie, bez takich przygód. Żaden sprzęt się nie zbuntował. Nawet mój prywatny komputer tego nie zrobił, a jemu się to zdarza, gdyż pozwolono mi pisać egzamin na własnym sprzęcie. 04.05. Miałam prawdziwy maraton – dzień egzaminu z języka polskiego: najpierw od 9:00 podstawę, a później od 14:15 planowo do 18:45 rozszerzałam się w tej płaszczyźnie. Za radą swojej polonistki, która towarzyszyła nam przed każdym egzaminem pisemnym od godziny 8:00 do jego rozpoczęcia, jak i z własnego doświadczenia, najpierw zaczęłam pisać wypracowanie. Wybrałam temat pierwszy, czyli rozprawkę z motywem tęsknoty na podstawie Lalki" Prusa". Temat OK., dobrałam do niego grecki mit o Odyseuszu, jako tęsknoty bohatera za ojczyzną, gdyż tego dotyczył podany fragment "Lalki", a w przytoczeniu własnego zdania o tęsknocie, co do jej wartości budującej bądź osłabiającej człowieka, stwierdziłam, że to zależy od rodzaju tego uczucia i od człowieka, czasem nas buduje, jak w przykładach, a czasem nas rujnuje, choć w czasach obecnych to częściej widzimy, że tęsknota rujnuje.
Egzamin rozszerzony za to dotyczył napisania rozprawki z wątkiem poezji w tle, a dokładniej, tu coś dla Kuby – Ambuloceta, poezji a filozofii, lecz tak zostało to napisane, że nie byłam w stanie wyłonić z tekstu głównej jego myśli, więc wybrałam temat drugi TZN. porównywanie wierszy, których tematem była bieda. Stwierdziłam tam, że w wierszach jest więcej różnic, niż podobieństw, choć te również się pojawiają. Ogólnie mówiąc, to z rozszerzenia jestem zadowolona i ciekawi mnie ile uzyskam z niego procent. Na początku tego egzaminu powiedziałam do komisji, że będę siedziała do końca i jak wspominałam zaczęłam o 14:15, a skończyć miałam o 18:45. Myślicie, że byłam słowna i skończyłam 15 minut przed 19? Odpowiedź brzmi: nie. W rzeczywistości rozszerzenie, które tak właściwie zaczęłam pisać o 15, bo wcześniej próbowałam zrozumieć tekst o poezji a filozofii oraz zinterpretować dwa wiersze i z uśmiechem odezwałam się do komisji o 18:05:
_ Proszę Pani?
– tak?
– Mam dobrą wiadomość… skończyłam.
Drugiego dnia egzaminów: 07.05 niewyraźna mara przestała być marą, a stała się lekko przerażającą rzeczywistością rzucającą posępny cień na najbliższe godziny. Część matematyczną, ponoć królowej nauk, bo to właśnie o niej mówię, zdawałam w piśmie punktowym, bo na komputerze, jak dla mnie byłoby to niemożliwe. Z pośród 34 zadań, 25 było zamkniętych na A, B, C, D. Jestem z siebie dumna, bo zrobiłam wszystkie 25 zamkniętych zadań. Części byłam pewna, a część strzelałam, w sumie to większość, bo w całym arkuszu dużo było w tej części dziwnej geometrii, ale może coś z tego będzie.
Najbardziej ciekawa jestem jednak wyników egzaminu maturalnego pisemnego, który odbył się następnego dnia, czyli z języka angielskiego. Jestem pewna, że kilka zadań rozwiązałam dobrze. Matura z angielskiego składa się z trzech części i na nią jest mniej czasu, niż na pozostałe egzaminy. Zamiast czterech godzin, jakie przysługiwały mi dotychczas po wydłużeniu czasu, maksymalny czas wynosił trzy godziny lub nawet dwie i pół. W pierwszej części jest słuchanie, odpowiedzi: ABCD, lub wybiera prawda, fałsz, w drugiej części to zadania też raczej zamknięte, lecz na gramatykę, słownictwo ITP., trzecią i ostatnią częścią jest napisanie e-maila. Łącznie zadań było dziesięć: trzy ze słuchania, sześć gramatyczno-stylistycznych, na rozumienie tekstu i jedno zadanie z pisania. Pisanie dotyczyło uczestnictwa w kursie językowym: opisz miejsce, w którym jesteś/krajobraz, zalety tego kursu językowego, kwestie zakwaterowania na czas kursu oraz trudności jakie napotkałeś podczas kursu. W sumie to zadanie nie było takie złe. Opisałam jakoś ten krajobraz, lecz obawiam się, że potraktują to bardziej jako odniesienie, bo powiedziałam geograficznie gdzie się znajduję i wspomniałam, że miejscowość otoczona jest lasem i kilkoma jeziorami. Nie wykonałam jednego z tych czterech podpunktów, tego o problemach jakie napotkałeś podczas kursu, ale pozostałe wykonałam, tak więc, coś z tego będzie. Naprawdę jestem ciekawa wyniku procentowego z angielskiego.
Na koniec, tak kończę już, nie zamęczam was przydługim wywodem, odbyła się część ustna egzaminu dojrzałości. U mnie w Bydgoszczy przypadło to na tydzień po zakończeniu ostatniego egzaminu pisemnego: 15.05 ustny z języka angielskiego i 17.05 z języka polskiego. Z obydwu tych egzaminów jestem zadowolona, gdyż to jedyne egzaminy, których rezultat dostaje się popołudniu tego samego dnia. Tak więc: angielski 40%, a polski 95%. Na całej maturze progiem gwarantowanym, aby zdać jest 30%, nie licząc jak na razie rozszerzenia, które tego progu nie ma wcale.
Dodam jeszcze, że do całej matury podeszłam spokojnie, na zasadzie kolejnych kilku testów, które trzeba napisać i jakoś zdać. Bardziej się denerwowałam przed samym Majem, niż w jego trakcie. Obawiałam się tylko z angielskiego, lecz tu chodziło bardziej o to czy zdążę i okazało się, że mi się udało.
Odezwę się niebawem, w przeciągu dwóch następnych tygodni. Liczę na to, że jakoś skomentujecie otrzymany opis połowy Maja tego roku.
Teraz pozostaje mi już tylko czekać na wyniki owego egzaminu dojrzałości: 03.07.2018 i cieszyć się z wakacji.
Magda

Categories
codzienna szarość, czyli życie zwykłej nastolatki Małe sukcesy

Po co się tak martwić?

Witajcie
Dzisiaj piszę raczej krótko przy okazji zastanawiając się nad własną postawą, jaką kolejny raz przejawiłam. Cała sytuacja, o której chcę wspomnieć działa się na tle szkolnym.
W miniony Poniedziałek pisałam test z j. angielskiego, lecz nie udało mi się go ukończyć. Nauczycielka uwzględniła to, że na maturze mamy więcej czasu na rozwiązanie arkuszu niż 40min. Jak również to, że ja pracuję nieco wolniej od innych i pozwoliła mi dokończyć test następnego dnia. Pocieszona tą myślą i możliwością uzbierania jeszcze kilku punktów, aby uzyskać pozytywną ocenę poduczyłam się jeszcze. Przyszedł czas ostatecznego zaliczenia sprawdzianu na koniec omawiania działu, dodam, że na szczęście to działo się rano, więc mogłam szybko to napisać i nie musieć obawiać się, czy dostatecznie się nauczyłam. Faktem jest, że kiedy już to napisałam byłam zadowolona, że w końcu mam to za sobą. W weekend poprzedzający uf sprawdzian stresowałam się najbardziej tym, że nie jestem w stanie zapamiętać reguł używania prostych czasów przyszłych, a przynajmniej tak mi się wydawało. Dwa dni później otrzymałam wynik owego testu: 61%=3+.
Ucieszyłam się tym bardziej, gdy się dowiedziałam, od nauczycielki, że najlepiej wyszły mi zadania z gramatyki/czasów przyszłych i słownictwa, czyli w zasadzie z tego, czego uczyłam się najbardziej i najwięcej się obawiałam oraz stresowałam. Pomijam fakt, że dział dotyczył sportu, czyli w zasadzie prostego słownictwa, lecz gorzej było z wspominanymi czasami przyszłymi. Co się jednak na martwiłam, na wkurzałam na swoją lekką ułomność wynikającą z niemożności zapamiętania reguł użycia owych czasów…
Wiadomość z Piątku, którą chciałam się także podzielić i która również dotyczy j. angielskiego jest taka, że w Czwartek pisałam jeszcze zaległy test, z którego otrzymałam: 53%=3. Dział dotyczył kultury, więc słownictwo już trudniejsze, niż to ze sportu, ale jak się okazało finalnie nie wyszło to tak źle. Przed dostaniem tego wyniku myślałam, że nie poświęciłam na naukę wystarczającego czasu i miałam lekkie wyrzuty sumienia, lecz jak się okazało znów niepotrzebnie. Z powodu przedmiotów maturalnych, bo do tych sprawdzianów z angielskiego dołączyła jeszcze w międzyczasie matematyka i związanych z nimi nerwów niestety we Wtorek, Środę i Czwartek bolała mnie głowa. To dlatego, że zbyt mocno się przejmowałam i pozwoliłam sobie na nagromadzenie mało optymistycznych myśli.
Wspomnę jeszcze wam ą tej sytuacji szkolnej: tydzień temu w Piątek prezentowałam temat na próbny ustny tym razem z j. polskiego. To było drugie podejście, ponieważ za pierwszym razem tak się tym wszystkim przejęłam, że się zacięłam, a później to już mi nawet nie zależało na tym, aby się odezwać i w rezultacie nie powiedziałam nic. Wracając jednak do Piątku tamtego tygodnia, powiedziałam sobie, że powiem, to co mam do powiedzenia i nie pozwolę, aby zapanowały nade mną emocję. Pomogło. Odezwałam się, przedstawiłam cały zaplanowany temat, lecz trochę poległam w części rozmowy z egzaminatorem, co w całości pozwoliło mi otrzymać ocenę 4. To nie znaczy, że z wyniku jestem nie zadowolona, przeciwnie, bardzo się z niego cieszę, lecz mam świadomość, że poległam na rozmowie i przynajmniej wiem, co muszę w przyszłości dopracować. Wcześniej czytałam sobie to kilkadziesiąt razy, aby zapamiętać napisany wcześniej tekst, a podczas pierwszego wystąpienia, a raczej jego próby, całkowicie poległam.
Dlaczego człowiek tak bardzo musi się przejmować/stresować do tego stopnia, że później nie ma już ochoty, aby robić cokolwiek innego? To u mnie raczej niestety powracająca tendencja. Ktoś z was potrafi mi wytłumaczyć jaki jest sens pojawiania się nerwów, skoro później okazuje się, że te były zupełnie niepotrzebne? Doświadczyłam tego na sobie wielokrotnie. Wtedy mówię sobie, że nie warto się tym przejmować i staram się przestać, ale jedynie na krótko mi się to udaje. Co o tym sądzicie, bo ja naprawdę nie umiem znaleźć w tej chwili odpowiedzi na to co jakiś czas powracające do mnie pytanie, czyli dlaczego człowiek tak się stresuję, skoro później wszystko układa się pomyślnie?
Co aktualnie? Aktualnie przygotowuje się do zdania podobnych zadań, staram się skupić na szkolę, choć jeszcze nie wygląda to tak jak powinno, nie mniej jednak próbuję posuwać się do przodu, a nie w tył i ku dołowi. Efekt? Jak można wywnioskować z powyższych informacji może być zadowalający, bo jak na razie pozytywny.
Odezwę się niebawem.
Pozdrawiam
Magda

Categories
codzienna szarość, czyli życie zwykłej nastolatki Małe sukcesy

Noworocznie od siebie, optymistycznie, czyli coś głównie o dzisiejszym dniu.

Witajcie
Nie sądziłam, że ten dzień będzie tak wyglądał, tak… hmm… przyjemnie.
Rano stwierdziłam, że jestem trochę nie wyspana, ale po śniadaniu to mi jakoś minęło, to znaczy nadal gdzieś tam było, z tym, że nie aż tak dokuczliwe. Nie musiałam się jakoś bardzo mocno śpieszyć, bo do szkoły, tak to już wcześniej wspominałam, we wtorki zawsze mam na 8:50. Na spokojnie wykonałam poranne czynności i na chwile włączyłam radio z komputera. Po chwili usłyszałam jedną z piosenek, które lubię. Samo to jak i świadomość, że mam na 2 lekcje i w tym czasie mogę zrobić coś jeszcze do szkoły wprawiła mnie w dobry nastrój. Oczywiście, tak jak chciałam, rano zrobiłam coś do szkoły i po dopakowaniu się poszłam do szkoły.
Na angielskim doświadczyłam ponownego przypływu endorfin (hormonów szczęścia). Na okres świąteczny pani od angielskiego zadała nam do zrobienia jeden z unitów. Zadań było sporo, czasem przy pracy nad nimi wkurzałam się na siebie, że czegoś nie rozumiałam, albo, że zadanie zajmuje mi dużo czasu, jednak jak się okazało dziś w szkolę warto było. Kiedy pani przeszła do mnie, spodziewałam się usłyszeć czegoś w stylu:
– Magda z całego unitu masz z piętnaście punktów.
Oto, co usłyszałam w rzeczywistości:
– Za cały unit można było zdobyć 99 punktów. Magda ty masz z całego unitu 63/64 punktów. Od 75 punktów stawiałam 4, więc tobie postawiłam 3. – Moja reakcja:
– Ile? Może Pani powtórzyć ile mam?
– 63/64 punkty, 3.
– Brawo Magda! – Reakcja jednego z kolegów.
– Sprawdziłam też wasze przyimki. To, co robiliście wczoraj… Magda tobie z przyimków postawiłam 4 minus. Trochę błędów było, ale ładnie zrobione.
Tak więc z angielskiego mam dwie pozytywne oceny, których się zupełnie nie spodziewałam, a zwłaszcza tego wyniku z unitu – 63/64 punktów. Serio myślałam, że będzie znacznie gorzej i tak, ja naprawdę niewierze w swoje możliwości, a później, koniec końców, się nimi zaskakuję.
Dwie kolejne lekcje minęły zwyczajnie, później, na polskim, coś tam powiedziałam kilka razy zgodnego z omawianym tematem, z czym zgodziła się moja polonistka. Nie żebym się jej jakoś specjalnie przymilała. Hehehehe.
Wczoraj zmienili nam plan lekcji, co nikogo z mojej klasy nie uszczęśliwiło. Wyobrażacie sobie to? Drugi semestr, klasie maturalnej zmieniają plan, o czym uczniowie dowiadują się, dosłownie, pięć minut przed lekcją. Na piątej lekcji mieliśmy mieć biologie, ale poszliśmy na angielski. Tą biologię będziemy mieć w Poniedziałek o 08:00, a matematykę wyrównawczą, którą mieliśmy o tej porze, mamy teraz mieć na ósmej godzinie lekcyjnej – 14:30/15:15. W Czwartek mieliśmy dwie godziny angielskiego pod rząd, a teraz druga z nich została przeniesiona właśnie na tą piątą godzinę lekcyjną w Poniedziałek. OK., będziemy kończyć o godzinę szybciej w Czwartek, ale za to, w moim przypadku, będę w szkolę przez 9 godzin od rana, bo po tej matematyce mam jeszcze śpiew. Ehh, coś za coś. Może z tym Poniedziałkiem nie będzie w cale aż tak źle. Cała klasa zgodnie stwierdziła, że wolała wcześniejszy plan, bez tych zmian, do czego przyznała się nam nawet pani od matematyki na dzisiejszej lekcji.
OK., trochę odbiegłam od tematu, jakim jest dzień dzisiejszy. No, ale to dla równowagi, aby nie było tak kolorowo. Hehe.
Wracając do meritum. Co wydarzyło się jeszcze dzisiejszego dnia?
Po lekcji języka ojczystego :), mieliśmy biologię, która również wpłynęła na mój dobry humor. Podtrzymanie tego stanu umożliwił mi fakt, że otrzymałam dwa plusy za aktywność. Powiedziałam definicję różnorodności biologicznej i spróbowałam z definicją allelu (zagadnienie z genetyki), czym zadowoliłam panią. 5 z aktywności u tej pani można otrzymać, kiedy uzyska się 3 plusy, więc mi do tego celu brakuje jednego plusa, o który nie wykluczone, że postaram się w Poniedziałek. Fakt, że już mam te dwa plusy zmotywuje mnie być może do przedsięwzięcia działań, aby uzyskać jeszcze jednego i te trzy zmienić na 5 z aktywności na lekcji. Spełnienie tego zamierzenia wiąże się z moim humorem aktualnego dnia, a zważywszy, że to będzie pierwszy dzień po zmianie planu, nie wiem jak będę nastawiona. Mały cel, ale finalnie pozytywnie wpływający na nastrój.
OK., na dziś kończę już chyba to swoje przynudzanie was tym wszystkim. 🙂
Od siebie życzę wam miłych dni. Niebawem, do końca tygodnia, znów się odezwę tutaj z czymś.
Na dzień dzisiejszy, optymistycznie nastawiona
Magda

Categories
codzienna szarość, czyli życie zwykłej nastolatki Kula się toczy, czyli kilka słów o bowlingu. Małe sukcesy Okazjonalnie

Mój weekendowy sukces.

Witajcie
Ode mnie znów na sportowo. Tym razem nie moje własne słowa, a krótki artykuł. Miłej lektury.

Rataj przerwała pucharową hegemonię Rzepy

O sporą niespodziankę postarała się niewidoma Magdalena Rataj, wychowanka bydgsokiego Braille'a, która po raz
pierwszy w swojej krótkiej 2-letniej karierze triumfowała
w bowlingowym Pucharze Polski. Tym samym przerwała 4-letnią hegemonię absolwentki "Louisa" Karoliny Rzepy.
W piątej edycji Pucharu Polski i ogólnopolskim turnieju Stowarzyszenia Cross rozegranym w dniach 26-27 października w łódzkiej kręgielni Sky Bowling wystąpiły dwie nasze wychowanki: Katarzyna Świątek i Magdalena Rataj oraz absolwentka Karolina Rzepa. Wszystkie reprezentowały barwy KSN Łuczniczka Bydgoszcz i rywalizowały w kategorii B1 (niewidomi).
W turnieju ogólnopolskim, gdzie do klasyfikacji było zaliczanych 6 gier zwyciężyła aktualna mistrzyni kraju Rzepa z rezultatem 645 pkt, zaś drugie zajęła Świątek z bardzo dobrym wynikiem – 620 pkt. Trzecie miejsce na podium przypadło Rataj – 521 pkt, która czwartą w klasyfikacji Grażynę Krysiak z Karolinki Chorzów wyprzedziła o 28 pkt.
Te cztery zawodniczki awansowały do półfinałowych pojedynków o Puchar Polski. W nich doszło do niespodzianek albowiem Rataj pokonała Rzepę, zaś Krysiak Świątek. W finale Rataj, aktualna wicemistrzyni kraju okazała się lepsza od Krysiak i po raz pierwszy zdobyła Puchar Polski. Trzecie miejsce przypadło Rzepie po wygranej ze Świątek. Asystentem bydgoskich zawodniczek był Kazimierz Fiut, wychowawca internatu.
– Gratuluję Magdzie sukcesu, cieszę się, że klubowe koleżanki osiągają coraz lepsze rezultaty i mocno mnie naciskają. Co do mojego słabszego wyniku w pucharowych zmaganiach, to efekt eksperymentu z usztywniaczem na nadgarstek. Ręka w pewnym momencie odmówiła posłuszeństwa i kilka rzutów było nieudanych, co przełożyło się na słabszy rezultat – wyjaśniła Karolina pucharową porażkę .
– Żadna z nas nie wraca z pustymi rękami. Każda ma swój puchar, a Magda nawet dwa. To sprawia, że jesteśmy usatysfakcjonowane i zmobilizowane do dalszych treningów by osiągać coraz lepsze rezultaty – dodała Katarzyna.

Mocni w województwie
Tydzień wcześniej w III mistrzostwach województwa kujawsko – pomorskiego organizowanych przez KSN Łuczniczka rozegranych w bydgoskiej kręgielni Broadway na podium stanęła piątka wychowanków i absolwentów Ośrodka Braiile'a. W kategorii B1 kobiet zwyciężyła Karolina Rzepa przed Magdaleną Rataj, w B2 na 3 pozycji uplasowała się absolwentka Magdalena Chełmicka, zaś w B3 mężczyzn triumfował Przemysław Borkowski przed Bartoszem Katafiaszem.

Tyle z artykułu. Tak prezentują się moje ostatnie sportowe osiągnięcia. Na razie odpoczywam i przygotowuje się do matury, na chwile obecną próbnej, ale jednak.
Pozdrawiam
Magda

Categories
codzienna szarość, czyli życie zwykłej nastolatki Małe sukcesy

Małe sukcesy 2017 roku

Witajcie
dziś pewnie krótko, ale muszę to napisać, zasiać ziarno radości wśród swego rodzaju piękna kwiatów pesymizmu. 🙂
No więc tak, po kolei.
Od końca Stycznia, jak wiecie, mam dobry, naprawdę dobry humor. Jest on tak dobry, że zdarza mi się mówić pewnego rodzaju głupoty i mieć tą przysłowiową głupawkę, zdarza się, że tak już długo się utrzymującą przez pewien, określony czas, nawet nie do końca wiadomo już z jakiego powodu.
Od pewnego czasu, bo chyba już z końcem 2016 zaczęłam wieczorami, przed zaśnięciem, robić listę fajnych wydarzeń minionego dnia, a po tym fajnych wydarzeń dnia mnie czekającego. I wiecie co? To chyba działa. Wiem na co się nastawić, co miłego może mnie czekać danego dnia i staram się skupiać na tych przyjemnych aspektach, a jeżeli jest to możliwe, to obrócić coś, co nie konicznie postrzegałam za miłe w stronę dobrą. Tak na przykład: kiedy przypada moja kolej na wyrzucenie worka ze śmieciami, to nie myślę w rodzaju, że znów trzeba wynieść te śmieci, a staram
się w taki sposób, teraz wezmę ten worek, przy okazji się przespaceruję, wyjdę na zewnątrz i zrobię dobry uczynek dla siebie, bo przecież wyjdę i dla otoczenia, bo pozbędę się śmieci. To naprawdę pomaga. Wyszukujcie przyjemnych wydarzeń w nadchodzącym dniu, nie zapominając o minionym, ale zapominając o przykrych chwilach, lub minimalizując je wynajdując kilka przyjemności.
Podsumowując mój wywód, chodzi o to, że od ponad miesiąca mam dobry humor i staram się wynajdywać miłe zdarzenia w każdym dniu, co nie jest łatwym zadaniem dla osoby o naturze pesymistycznej, ale próbuję, staram się i jakoś to na razie wychodzi.
Co dalej? Co jeszcze zaliczyłabym do sukcesów mijającego pierwszego kwartału 2017 roku?
Dwa i trzy tygodnie temu dowiedziałam się przyjemnej rzeczy w szkolę przy okazji pisania rozprawek. Dodam, że jest to moja najmniej ulubiona forma wypowiedzi pisemnej. No, ale całkowicie pomijając ten fakt… pisałam prace na podstawie "Lalki" Bolesława Prusa, dwie prace, prawie jedna po drugiej, z tym, że pierwszą w ferie, a drugą tydzień po feriach i z obu dwóch otrzymałam 4 z minusem. W tamtym roku szkolnym to było dla mnie nie do pomyślenia, że mogę być w stanie pisać wypracowania w granicach 4. Żeby było zabawniej, dodam jeszcze, że "Lalkę" znam głównie ze streszczenia szczegółowego i ze sposobu omawiania jej na lekcji. Jak widać wystarczyło, wystarczyło nawet na to aby przewyższyć moje oczekiwania.
Czymś, co uważam za następny sukces i dla mnie równie ważny jak pozostałe, tym razem dotyczy płaszczyzny sportowej. Osoby, które znają mnie osobiście, wiedzą, że od ponad roku gram w kręgle. Nie jest to takie łatwe jak mogłoby się wydawać. W każdym razie gram w kręgle od ponad roku i w styczniu byłam na treningu, które mile mnie zaskoczył. Nie będę teraz tutaj opisywała szczegółowo na czym to polega, każdy z was jakieś pojęcie zdaje mi się na ten temat ma. Opiszę to w późniejszym czasie. W każdym razie wtedy na tym treningu mój łączny wynik wynosił 580 punktów. Dla porównania, nie chwaląc się, moja koleżanka, która w kręgle gra już przeszło 6 lat i dziś ma ponad 800 punktów, lecz potrzebowała dwóch lat, aby dobić do 600 punktów, a w moim przypadku, gram od roku z kawałkiem w postaci trzech miesięcy i już teraz zbliżam się do tego 600, osiągając ostatnio 580 punktów. Mały wielki sukces.
Teraz wspomnę o czymś, co mnie spotkało dzisiejszego dnia, więc jest nowym sukcesem i powodem do uśmiechu.
Jakiś czas temu w szkolę na języku angielskim rozwiązywaliśmy próbne matury. Ja jestem w II klasie liceum. Na wyniki czekaliśmy chyba przez dwa tygodnia, rzekłabym, ze co najmniej przez te czternaście dni, ale w końcu się doczekaliśmy i warto było. Cała klasa – 8 osób, prócz kolegi, który wyraźnie się nie starał, zdała.
Było to dla mnie zdziwieniem i wielką radością. Nie jestem zbyt dobra z języków obcych, tak właściwie to mam z nimi pewną trudność, ale jednak zdałam tą próbę.
O tyle jest to zabawne, że nawet nauczycielka liczyła mój test cztery, czy pięć razy i wychodził jej ten sam wynik: 30%.
Naprawdę myślałam, że będzie niższy. Liczyłam na najwyżej 20%. Jak się okazało nie tylko ja się nie doceniałam, od pani usłyszałam podobną opinie, to znaczy spodziewała się niższego wyniku procentowego.
Czy to nie miał być krótki wpis? No, rozpisałam się trochę, ale o pozytywnych rzeczach, a o takich należy się rozpisywać. Ostatnio śmieję się, mówiąc w ten sposób, że to wszystko, co dobre teraz mnie spotyka za sprawą liczby 7 na końcu roku, tak zwana: "magia siódemki".
Raczej nie dodam już nic więcej od siebie. I tak wpis wyszedł dość długi, dłuższy niż myślałam, ale taki był widocznie potrzebny.
mam nadzieję, że niebawem znów coś tu napiszę w podobnym nastroju.

Pozdrawiam
Magda