Witajcie:)
Około tydzień temu przedstawiłam listę wpisów na najbliższy czas i dałam wam możliwość wyboru, z której skorzystaliście. Tematyka dzisiejszego wpisu będzie dotyczyła zatem zagadnienia wskazanego przez was przeważającą ilość razy. Uspokajam, to nie oznacza, że wcześniej przedstawione propozycje znikają i nie zostaną zrealizowane. Wszystkie sześć, czy też raczej teraz już pięć proponowanych wam punktów pojawi się na tym blogu w swoim czasie. Tych, którzy nie zapoznawali się z listą proszę o to i wskazanie punktu dla nich najciekawszego, abym mogła go opracować i skrócić wasze czekanie. 🙂
Tyle tytułem wstępu, który nawiasem mówiąc może się okazać dłuższy od treści głównej, choć zgodnie z zasadami tworzenia jakichkolwiek wypowiedzi na podstawie prostego wzoru: wstęp, rozwinięcie, zakończenie, nie powinno tak być. Ikona
Wybrany punkt z listy: 5.
Czego dotyczył?
Wiek fikcyjny a wydarzenia rzeczywiste.
Otóż kilka miesięcy temu poczyniłam pewną obserwację związaną właśnie z wiekiem fikcyjnym, a wydarzeniami w świecie rzeczywistym na przestrzeni swojego życia.
Tworząc daną historie, wiadomo, buduje się jej bohaterów, a jedną ze składowej jest wiek. Oczywiście wtedy nie miałam pojęcia, nie mogłam mieć pojęcia, że owy wiek przełoży się na moje własne życie. Tak na przykład w jednej z pierwszych historii, obecnie przebywającej w szufladzie, choć na chwilę kiedyś z niej wyjętej stworzyłam bohatera, który miał 11 lat. Ja wtedy po raz pierwszy wybrałam się na dwutygodniowy turnus organizowany przez PZN, a kilka miesięcy później – w połowie Grudnia, nadal mając 11 lat straciłam wzrok.
W innej historii życie bohaterki zmienia się, gdy ma ona 17 lat, dla mnie oznaczało to również pewną niewesołą zmianę, to znaczy czteromiesięczny epizod depresyjny, o którym możecie znaleźć również wzmianki na tym blogu.
Dalej. Bohaterka pierwszego mojego tekstu, na zawszę już zamkniętego w szufladzie, ma piętnaście lat. Ja właściwie rozpoczynając ten wiek zaczęłam pracę nad większym projektem literackim i nadal ją kontynuuję z mniejszym lub większym powodzeniem. Owy projekt jest rozgrzebany i będzie jeszcze bardziej, lecz w końcu powstanie z pewnych własnych popiołów.
Bohaterka ma 14 lat, zaś ja będąc w jej wieku odkryłam u siebie niedoczynność tarczycy, z jaką borykam się do tej pory.
Jest jeszcze ogólna zależność cyfr i liczb oraz rzeczywistych wydarzeń, ale to na inny wpis.
Tak sobie myślę, że chyba zaprezentowałam wam już wszystkie zależności fikcyjno-rzeczywiste, tak więc nie pozostaje mi już nic innego, jak w tym miejscu was pozdrowić i do przyszłego tygodnia z drugim zagadnieniem z publikowanej wcześniej listy, która nadal pozostaje otwarta.
MR
Kategoria: codzienna szarość, czyli życie zwykłej nastolatki
Witajcie
dawno się nie odzywałam. Śmiało można stwierdzić, że w tym roku zaniedbałam bloga, a fakt że pojawiły się tu ze dwa wpisy w tym roku kalendarzowym brutalnie na to wskazuje. Już się poprawiam, chociażby tym zarysem najbliższych treści.
Niniejsza lista tworzona jest w chwili obecnej, kolejność punktów może ulec zmianie w procesie publikacji…
Albo w sumie, wiecie co? Blog to miejsce zarówno dla mnie jak i dla was, więc pozwole wam wybrać. Napiszcie w komentarzu jakiego rodzaju wpis z niżej proponowanych chcecie przeczytać najpierw, a ja się do tego dostosuję. Na wasze deklarację czekam przez najbliższy tydzień, co oznacza, że wybrana przez was tematyka wpisu pojawi się w kolejny weekend.
1: opis mojej ostatniej podróży dowodzący, że nie ma podróży bez przygód, co miało miejsce w połowie rzeszłego miesiąca,
2: znane osoby, które miałam okazję poznać lub przebywać w ich pobliżu,
3: dwa ostatnio stwożone opowiadania – jedno fantasy, a drugie całkowicie odchodzące od tej tematyki, dość zwykłe, lecz zainspirowane pewnym snem – tu oczekuję jednoznacznego podania którego rodzaju opowiadanie chcecie przeczytać,
4: aktualizacja o treści muzyczne, publikacja w plikach udostępnionych ostatnio słuchanej muzyki, dodanie tekstów owych utworów,
5: pewna obserwacja dotycząca związku fikcyjnego wieku z wiekiem rzeczywistym – więcej dowiecie się z treści samego wpisu,
6: część teoretyczna ze świata sportu, czyli rozrużnienie kręgli klasycznych od bowlingu i inne związane z tym rzeczy, co chyba już tu kiedyś zapowiadałam, 🙂
Czekam na wasz wybór.
Pozdrawiam i dobrej nocy rzyczę
Witajcie
na początek powiem, że ten rok zaczął się dla mnie dobrze, pomimo niezbyt sprzyjającego pierwszego terminu ferji zimowych dla wojewudztwa Kujawsko-Pomorskiego. Osobiście wolę dalsze terminy, bo ledwo co wróciło się ze świąt i witania nowego roku, a tu już dwutygodniowa przerwa zimowa. OK, ale ja tu miałam o rekordzie wspomnieć, a nie tworzyć dygresję na temat ferji. O owym sukcesie informuję trochę z opuźnieniem z przyczyn nie dokońca zależnych ode mnie, bo chodzi o wydarzenie z minionego Czwartku.
I tak oto ppo tym wstępie czas na przejście do właściwej części tego wpisu. Ponownie uchylam wam drzwi do świata trenowanego przeze mnie sportu, czyli znów te kręgle, a raczej bowling. 🙂
Cofnę się na moment do wydarzenia z ponad roku temu, a całkiem prawdopodobne, że z przed dwóch lub nawet trzech lat. Yyy, dobra. Mało istotne, kiedy to było, dość, że opisane to jest w innym wpisie na tym blogu (wpis odnośnie sukcesu w Opolu).
W każdym razie, w owym Opolu na zawodach przekroczyłam 600 punktów na 120, po 20 rzutów w jednej grze i po sześć gier, a dokładnie osiągnęłam wynik 610 punktów. Mimo udziału w różnych zawodach sztandarowe 600 punktów przełamałam rok temu jeszcze raz lecz nie przekraczając tych plus 10 punktów.
Szanowni Państwo, nadszedł ten wiekopomny dzień, w którym to się zmieniło.
W miniony Czwartek (10.01.2019) w miejscowości zwanej Włocławek położonej pół godziny jazdy pociągiem za Toruniem dokonałam czegoś wręcz niemożliwego. Uzyskałam nowy rekord życiowy w tej dyscyplinie. Wówczas rzuciłam… 6, 9, 7 (697 punktów).
Obecnie już bardziej dotarła do mnie ta myśl, ale była tak nie spodziewana, że przez cały Czwartkowy wieczór i część Piątku nie mogłam w to uwieżyć. Taki progres. To był szok. Wręcz mnie zatkało, gdy usłyszałam to poraz pierwszy.
No to mam rekord, którego nie przebije conajmniej przez następne dwa lata. Hehehehe.
Dobry początek roku 2019. 🙂
Witajcie
Piszę, bo nawiedziła mnie taka potrzeba. Dla pewnej odmiany nie piszę aby ponarzekać, a w ręcz przeciwnie. Niemal kipi ze mnie zadowolenie. Hehehe.
Jak to dobrze mieć w końcu udany dzień. Jeżeli od kilku co najmniej tygodni, około półtorej miesiąca miało się ponure dni, a czasem i bardzo, bardzo, naprawdę jesienne, to teraz, nagła zmiana cieszy tym bardziej. Cieszy sam fakt, że w ogóle zaistniała.
Co wpłynęło na mój obecny nad podziw dobry nastrój w dniu dzisiejszym?
Alesz nic takiego, tak poprostu się wziął z przysłowiowego kapelusza. 🙂
ekhem. Na poważnie.
Głównym czynnikiem był test z informatycznego języka angielskiego. Wspominałam tu już, że zaczęłam naukę w szkolę policealnej na kierunku technik tyfloinformatyk. Sprawę przybliżę zainteresowanym w późniejszym czasie. Wracając do meritum.
Dziś przypadł dzień pisania testu z rzeczonego już języka angielskiego w płaszczyźnie informatycznej, do którego nawiasem mówiąc uczyłam się rzetelnie dziś. Tak, nie w weekend i nawet nie wczorajszy wieczór, a dzisiaj w sumie jakieś dwie godziny przed samym testem. Moje odczucia? Jestem naprawdę dobrej myśli. Może nie rozwiązałam wszystkich postawionych przede mną zadań, ale z tych, których próbę rozwiązania podjęłam jestem usatysfakcjonowana.
To angielski. Czy było coś jeszcze? Tak, no było, tylko, holipka, co? 🙂
Później, późnym popołudniem, bo chwilę po 16, wybrałam się z grupką pięciu osób i opiekunem do siedziby naszego klubu sportowego, który zeprezentuje jako gracz w bowling, celem wzięcia udziału w przygotowanej Corocznej wigilii. W tego typu przedsięwzięciu uczestniczyłam drugi raz i ten bardziej przypadł mi do gustu. Była lepsza atmosfera, pewnie za sprawą dwójki niewidomych kolegów ze szkoły, ów duet zajmował się oprawą muzyczną całego wydarzenia. Jedna osoba śpiewała, a druga grała na keyboardzie i również trochę śpiewała. My też, zgromadzeni goście, oczywiście śpiewaliśmy część kolęd. Oprócz tego rozmawiało się przy stole, jadło wigilijne dania, a na końcu każdy z gości nie wychodził bez słodkich upominków na zbliżające się święta. Za pierwszym razem, prowadzono okazjonalne rozmowy, przynajmniej w najbliższym mi otoczeniu, a muzykę odtwarzano z nagrań mP3, czy temu podobnych. Też to miało jakąś atmosferę, ale już nie taką jak autentyczne śpiewanie kolęd z żywym instrumentem i głosami.
Wiecie co? Chyba powinnam częściej kłaść się spać po 1 w nocy i wstawać o 06:40, skoro ma czekać mnie tak wyglądający dzień. 🙂
Nie, nie czułam się tak bardzo zmęczona, jak mogłoby to mieć miejsce i jak miało miejsce podczas gdy położyłam się znacznie wcześniej w minionych dniach. Trochę dziwne, nie?
Wszystkiemu winien ten angielski. Hehehe.
Trzymajcie się, do następnego wpisu, który raczej niebawem
Witajcie
Yyhhm. Najwyżej zostanę zabita przez jedną osobę, po tym jak odczyta dalszą części tego wpisu, więc jeżeli zastaniecie nagłą ciszę z mojej strony, większą niż zwykle, to wiecie, dlaczego. 🙂
Minął pierwszy tydzień szkoły, również dla mnie, ponieważ po liceum zdecydowałam się pójść do szkoły policealnej na kierunek tyfloinformatyczny. Jak wiecie z Majową maturą się troszkę nie udało, podchodziłam do poprawki w Sierpniu, ale wątpię, aby coś z tego było. OK., ale ja nie o maturze, a o tym pierwszym tygodniu słów kilka wam wspomnę.
Ogólnie w klasie mam cztery osoby, więc całościowo jest piątka. Grua specyficzna i majaca w sobie dwie co najmniej osoby, z którymi nie da się pogadać, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie, a jedna na pewno taka jest, dziewczyna, drugą z tych osób jest chłopak. Z jeszcze jednym chłopakiem mam pewien konflikt, to znaczy zraził mnie do siebie i to dość mocno przez część liceum i akurat był wtedy i teraz ze mną w klasie. Nauczyciele? Hmm głównie dziwni, mogę to bardziej przybliżyć komentarzach jak będziecie chcieli, bo nie chce mi się tutaj tego pisać. Są wyjątki, chyba dwójka, w tym mój wychowawca/opiekun, jest Okey., a nie jeszcze jeden może być, więc trójka i w ogóle otoczenie w internacie też robi się coraz mniej przyjemne, to znacz ogarnięci ludzie, tacy z którymi dałoby się pogadać normalnie, opuszczają mury placówki dla niewidomków mającej 146 lat. W sumie się im nie dziwie. Dobra, przechodzę do optymistyczniejszych rzeczy z tego tygodnia.
We Wtorek mam fajny plan, bo zaczynam o 8:50, a kończe o 12:20. To niestety jest jedyny taki dzień w tygodniu, kiedy mam tyle lekcji, bo na oguł to do 14:15, często od 08:50. W sumie to plan lekcji mi się nie bardzo podoba, no ale może za rok będzie lepiej.
Jak już część z was wie, miałam… przyjemność? nie przyjemność? Hmm. W każdym razie zdarzyło się tak, że znalazłam się w klasie z jedną użytkowniczką Eltena, którą nawiasem mówiąc poznałam chwilę przed powstaniem tej konkretnej aplikacji. Polubiłyśmy się nawet, a podczas tego tygodnia okazało się, że mamy podobne charaktery. No może ona ciut bardziej zwariowany od mojego. Na przykład, siedząc obok siebie, w jednej ławce, pisałyśmy do siebie wiadomości, które ona zaczęła. Nigdy tego wcześniej nie robiłam, ale było to przyjemne i nie skłamię, jeżeli stwierdzę, że fajnie się przy tym obie bawiłyśmy. Śmiałam się później, że w tamtym momencie zachowywałyśmy się jak widzący. Powstrzymywałyśmy się od śmiechu, a dla mnie to było trudne, jednak dałam jakoś rade, ale nie będę mówić czego dotyczyły rozmowy. Niech to zostanie między nami. W Czwartek to wręcz nie mogłyśmy się od siebie rozdzielić. Hehehe. W szkolę ze sobą pisałyśmy, później gdzieś w internacie stale na siebie wpadałyśmy, a to w łazience, na korytarzu, a to przy wieczornej kąpieli. No niemal ciągle. Miałyśmy od siebie odpoczynek na jakieś dwie godziny, gdy poszłam na trening kręgli. Ten czwartek to w ogóle tak mi szybko minął z resztą dzisiejszy dzień też. Oczywiście znów ze sobą pisałyśmy na lekcjach, a jednym uchem słuchałyśmy tego, co działo się w klasie. Po szkolę załatwiłam pewną sprawę i przygotowałam się do wyjazdu, bo aktualnie piszę ten wpis z domu w Gdyni. Przed wyjazdem poszłam jednak jeszcze do pokoju osoby, z którą spędziłam ostatnie, a za razem pierwsze dni roku szkolnego 2018/2019 i wręcz trudno mi było z owego pokoju wyjść, lecz zostałam zmuszona przez czas, bo musiałam dojść na pociąg.
Na koniec jeszcze kolejny dowód, że nie ma podróży bez przygód. W Tczewie (stacja przed trójmiastem) w Gdańsku doszło do niemiłej sytuacji. Na jednej z trzech stacji Gdańska, na której się zatrzymywaliśmy jakaś osoba chciała skoczyć z mostu na tory kolejowe. Udało się jej to na szczęście udaremnić i po 10 minutach mogliśmy wyruszyć dalej. Choć nawiedziła mnie taka myśl, że tak właściwie to po co ratować samobójcę od śmierci? Skoro już się na ten krok decyduje, to znaczy, że ma w sobie dość siły, aby to zrobić, a jeżeli się go od tego odwiedzie, to jedynie zmieni się miejsce tego czynu, ale nie uda się wyperswadować takiej osobie tej myśli i chęci czynu. Można zmniejszyć jej intensywność, ale osoba i tak to w końcu zrobi.
Żegnam się z wami w ten nie zbyt miły sposób, ale osobiście mam nadzieję, że następny wpis już będzie posiadał bardziej optymistyczne zakończenie.
Dobrywieczór 🙂
odkryłam coś, co mnie zainteresowało, a właściwie pochłonęło trochę.
Całkiem przypadkiem, szukając pliku na youtube zznalazłam inny filmik i z ciekawości go otworzyłam. Okazało się, że to creepypasta.
Co to jest creepypasta?
Jak tłumaczy ciocia wikipedia:
Creepypasta – krótka, fikcyjna historia, rozpowszechniana za pomocą internetu, która ma na celu przestraszyć czytelnika. Mimo, że creepypasty zazwyczaj nie są oparte na faktach, to są często opisywane w sposób bardzo realistyczny, by zwiększyć uczucie strachu.
Słowo creepypasta to zbitka wyrazowa angielskich słów „creepy” (straszny, przyprawiający o gęsią skórkę) i „copypasta” (określenie historii kopiowanych i wklejanych przez użytkowników). Choć straszne historie popularne były jeszcze przed powstaniem internetu, to termin creepypasta po raz pierwszy pojawił się w serwisie 4chan w 2007 roku, a jego popularność wzrosła na przełomie 2010 i 2011 roku.
Polecam też kanał na youtube z tego typu filmikami o nazwie MysteryTV. Jakub Rutka – lektor jest, moim zdaniem, świetny do czytania tego typu historii. Ogulnie na jego kanale są nie tylko creepypasty, to kanał grozy, na którym są jeszcze NP. filmiki dokumentalne, czy własne serie grozy
Do moich ulubionych creepypast należą między innymi: Pragnienie, "Wpuść mnie", "Okazja", "Odnaleziony", "Obłęd", "Niegrzeczna dziewczynka", "A ty?".
Są jeszcze trzy, które jakoś mnie przeraziły: "Wagary cz. 1", "Motel" oraz "Uczymy ją pokory", lecz to jest wynikiem, nie tyle ich treści, co raczej tego, że "czytając coś, lubię sobie wyobrażać akcję i wtedy właśnie to zrobiłam i trochę mnie to przeraziło.
Jeżeli lubicie się bać, a nieznacie tej formy literackiej, to zapraszam do zapoznania się z nią, bo warto, a jóż napewno ze wspominanym kanałem MysteryTV.
Kogoś zainteresowałam?
pozdrawiam
Witajcie
dziś przychodzę do was z pewną anekdotką, która od jakiegoś czasu przewija się przez mój umysł i którą w zasadzie chciałam się tu podzielić.
Chodzi mianowicie o historię mojego imienia. To nie było tak, że mama nosząc mnie jóż wiedziała jkie da mi imię, ani też tak, że wybrała je patrząc na mnie po porodzie.
Z resztą nie bardzo mogło być tak, że wiedziała przed rozwiązaniem, bo jestem wcześniakiem, dokładnie z szóstego miesiąca.
No więc to było tak. Nocą mama została przetransportowana do szpitala, gdysz miała silne bóle i odeszły jej wody. W szpitalu, za raz po moim urodzeniu, zabrano mnie od mamy i przeniesiono do inkubatora. Pielęgniarki poinformowały moją rodzicielkę, że ze względu na fakt, że jestem bardzo mała, wspomniałam, że miałam 850 gram, jak się urodziłam? yy. w każdym razie jako, że byłam tak mała, to mogłam nieprzeżyć i konieczne było nadanie mi natychmiast imienia. Pielęgniarka wyszła na kilka minut, aby dać mamie czas na wybór imienia i ewentualne osfojenie się z tą myślą. W pobliskim radiu, chyba z pokoju pielęgniarek dobiegła mamę muzyka i akurat leciała jakaś polska piosenka, w której pojawiło się imię: Magdalena. Mama trochę spanikowała, bo wiecie, daj dziecku teraz na szybko jakieś imię. Uznała, więc, że Magdalena jest dobre i oto właśnie zostałam Magdaleną, dzięki pewnej piosencę.
Teraz myślę o tym, że fakt, że tak bardzo lubię muzykę nie wziął się z nikąd i jóż wiem skąd.
Sama dowiedziałam się o tym jakiś rok, czy dwa temu.
Jak jesteście ciekawi, a zapewne tak, to jutro najprawdopodobniej zamieszczę w swoich plikach ten konkretny utwór, od którego wzięło się moje imię i oczywiście was o tym powiadomię.
Pozdrawiam
Witajcie
Przychodzę w końcu z czymś od siebie, z szarej, choć jak dla mnie i na moje oko bardziej czarnej rzeczywistości.
W minioną Niedzielę udałam się z cząstką rodziny do oliwskiego Zoo, zganijcie, gdzie się znajduję? W Gdańsku Oliwie. W Ogrodzie Zoologicznym o powierzchni ponad 123 hektarów Trójmiejskiego Parku Narodowego spędziłam z bliskimi siedem godzin. Choć otwierany był od 9:00, to my na miejsce dotarliśmy około 8:45, więc trzeba było chwilę poczekać. Ja jako przedstawicielka niewidomkowej społeczności razem ze swoim opiekunem weszłam na teren ZOO za darmo, a pozostali członkowie musieli zapłacić za tą możliwość. Pogoda nam tamtego dnia nawet dopisała. Nie było tak gorąco jak w ostatnich dniach na Pomorzu, lecz dwukrotnie złapał nas deszcz podczas tych siedmiu godzin pobytu. Wspomnieć, że jedno oberwanie chmury spędziliśmy w męskiej toalecie? Yhm. Tak. Kiedy się tam chowaliśmy, mama wyraziła zdziwienie, że w naszą stronę idzie jakiś mężczyzna, po czym spostrzegła do jakiej dokładnie toalety weszliśmy. Probleu w zasadzie nie było, bo wiadomo, ludzie chcieli się schronić przed deszczem, ale biorąc pod uwagę, że było nas wtedy cztery przedstawicielki płci pięknej i jeden płci przeciwnej… Samo zajście nawet ciekawe jak dla mnie. Drugi raz to już, kiedy chcieliśmy udać się na obiad, więc w budynku oferującego usługi gastronomiczne. Pogoda nie wybiera, a przed padającymi kroplami trzeba było się gdzieś skryć.
OK, tyle o toalecie, teraz może na zwierzętach się skupmy. Wiele ich widziałam… to znaczy. Nie widziałam żadnego, bo coś tak za ciemno było na obserwacje, ale za to moje ucho coś tam zarejestrowało. Znajdowało się tam wiele zwierząt, jak to w tego typu ogrodzie, wiele miało dziwne nazwy, których nie sposób zapamiętać, gdy się ich notorycznie nie słyszy.
Swoimi zmysłami zaobserwowałam na przykład: jedącego liście słonia, również jedzące dziki, pływające foki, jeszcze kilka pływających lub taplających się w wodzie zwierząt, które teraz dokładnie mi uleciały, rozmaite ptactwo mniej lub bardziej egzotyczne: Ara Zielona, Ara Zwyczajna, Nimfy, Kakadu, kilka żółwi, węży, oczywiście te były w terrariach…
Słyszałam jaki odgłos wydają z siebie pingwiny. Dość ciekawy. Z tego, co sobie przypominam jeden brzmiał jakby trąbka. Ciekawe doznanie słuchowe, ale jeszcze ciekawsze wydażyło się przed pingwinami wśród wizyty u wielkich kotów.
Odwiedziliśmy lwy. Na wybiegu były oprócz dorosłych osobników, także młode, czyli lwiątka. Wybieg był połączony z budynkiem, gdzie za szybą, oprócz identycznego podłoża jak to na wybiegu, znajdowały się przypominające umywalki zbiorniki z wodą. Chwilę tam postaliśmy, a reszta familii oglądała młode, gdy odkryli ich obecność. Po chwili z tamtąd wyszliśmy, bo było tam stanowczo za duszno, a w powietrzu unosił się jeszcze ten jakby koci zapach.
Po raz pierwszy słyszałam jak ryczy lew. Tego się nie da zabardzo opisać, trzeba było to usłyszeć na własne uszy. Brzmiało to tak, jakby był na coś zły, naprawdę zły i jakby szykował się do ataku, a ten dźwięk dolatywał jakby z góry, po mimo, że wydający go zwierzę znajdowało się w głębi swojego wybiegu, gdzieś koło skał, czy krzaków. Po tym ryku, wszystkie młode zniknęły z wybiegu, wchodząc do przyległego do niego budynku. Teraz spekulowaliśmy, trochę się śmiejąc, że samiec mówił do młodych, aby poszły się napić, bo właśnie to robiły, gdy znów zobaczyliśmy je wewnątrz.
Przy pandzie z kolei umieszczono tabliczkę głoszącą:
Jeżeli mnie nie widać, to poszukaj mnie na najwyższym drzewie.
Rzeczywiście była tam. Mama mówiła, że wyglądała jak taka ciemna lekko ruszająca się kulka wśród drzewnej korony.
O 14:00 poszliśmy do Małego ZOO, aby najmłodszy członek mojej rodziny, prawie roczna Zuzia, mogła dotknąć żywą kozę i zobaczyć jak się ją karmi. Jedną dotykała, a kiedy dotarła do ucha, chwyciła za nie tak mocno jak tylko umiała i chyba lekko tarmosiła, a później zainteresowała się jeszcze rogiem. Jak to dziecko poznające świat. Do tego momentu mi się podobało, a następna godzina, lub też półtorej już nie wzbudziła mojego zainteresowania, a to dlatego, że głównie przebywaliśmy przy małpach, które nie wydają specjalnie żadnych odgłosów, przynajmniej u nas nie chciały i coś tam robiły, gdy jest się daleko to właściwie nic nie można było usłyszeć, a wiadomo, że ja sobie na nie nie popatrzę. Te zwierzęta były raczej ostatnim punktem naszej wycieczki.
Mała Zuzia wychylała się z zainteresowaniem do właściwie każdego zwierzęcia i obserwowała go uważnie. Nie bardzo chciała siedzieć w wózku, wolała jak trzymało się ją w nosidełku, aby miała lepszy widok, a później nawet chciała wyjść z wózka i z pomocą swojej mamy chodziła, no dobra, niemal biegała.
Skąd ten tytuł tego wpisu? Otóż jeszcze jak byłam w domu, to mama się śmiała, że jedzie do zoo, aby poszukać sobie klatki z małpami. Mama wróciła z nami, okazało się, że nie bardzo była jakaś wolna klatka. Też się z tego śmiałam po powrocie właśnie w podobny sposób.
Podsumowując powyższe akapity siedem godzin spędzonych w Oliwskim Ogrodzie Zoologicznym z pierwszej Niedzieli tego miesiąca uważam za mile spędzony czas i ogólnie udany dzień wyglądający nieco inaczej. Warto było tam się wybrać, chociażby dla tego ryku lwa, czy radości przejawianej przez małą Zuzię w czasie oglądania zwierząt.
Witajcie
dziś – 30.07 obchodzimy dzień przyjaciela.
Z tej okazji chciałabym z tego miejsca podziękować garstcę osób, których mogę tak nazwać. Nie będę wymieniać z imion, wspomne jednak, że osób, których mogę tak nazwać z czystym sercem jest czwórka. Widać, że osobowość dość introwertyczna.
Lepiej mieć jednego przyjaciela, takiego prawdziwego, na którego można liczyć, niż tysiąc tak zwanych przybranych, przyszytych, okazjonalnych przyjaciół.
Tym czterem osobą, w tym dwum przybywających od czasu do czasu na tym programie, hehe, chciałabym podziękować.
Dziękuję wam za to, że jesteście, że w trudnych chwilach mogłalm liczyć na wasze wsparcie. Próbowaliście pocieszyć, rozśmieszyć, gdy mi nie było do tego po drodze, czzęsto poradziliście coś, ale i skrytykowaliście. Przyjacielem jest osoba, która nie tylko ci pomaga, jest przy tobie również w tych gorszych momentach życia i potrafi skrytykować, wyrażając własne myśli na dany temat. Dziękuję wam za całą reszte, której tu nie napisałam, bo zapewne jeszcze jest coś, o czym nie wspomniałam.
Naprawdę bardzo się cieszę, że pojawiliście się na mojej drodzę życiowej.
pozdrawiam nie tylko przyjaciół, ale i zwykłych zjadaczy chleba odwiedzających tego bloga. 🙂
zapraszam do dalszych odwiedzin oraz komentowania tego jak i innych zamieszczonych tutaj wpisów.